Żyjemy w paradoksalnych czasach, w których miarą sukcesu stało się to, jak bardzo jesteś zmęczony bo odkładasz wypoczynek na później. Jestem zarobiony, nie mam na nic czasu, kalendarz pęka mi w szwach – te zdania rzucane na spotkaniach biznesowych mają podbijać naszą wartość społeczną.
Chcemy pokazać, jak bardzo jesteśmy potrzebni. Ale jeśli spojrzysz na to z perspektywy psychologii behawioralnej, to nie jest sukces. To kompletna porażka w zarządzaniu najbardziej kluczowym zasobem – własną energią życiową.
Prawdziwy luksus i najwyższy status we współczesnym świecie definiuje się zupełnie inaczej. To zdolność do zniknięcia w Tatrach. To luksus bycia niedostępnym dla świata przez 48 godzin.
Gdy tatrzańskie szlaki cichną poza szczytem sezonu, góry stają się prywatną enklawą dla ludzi, którzy opanowali tę sztukę do perfekcji. Nie przyjeżdżają tu, żeby pokazać się na głośnych deptakach. Przyjeżdżają po surowość, po rześki wiatr, który przewietrzy każdą zastałą myśl, i po ciszę reglowego lasu, w której w końcu słychać własną intuicję.
Siadam wygodnie, głęboki oddech i przypominam sobie to specyficzne uczucie, gdy po kilku godzinach podróży w końcu wysiadasz z samochodu na Podhalu. Pierwsze, co zmienia się w Twoim doświadczeniu, to nie jest widok szczytów schowanych w chmurach.
O nie. To powietrze. Zupełnie inne. Rześkie, ostre, pachnące żywicą, halnym wiatrem i absolutną wolnością. Robisz pierwszy, głęboki wdech i czujesz, jak ten chłód rozlewa się po Twoich płucach, zdejmując z Twojej klatki piersiowej niewidzialny ciężar, który nosiłeś przez ostatnie miesiące.
Idziesz w stronę szlaku. Dźwięk Twoich kroków na kamieniach powoli miesza się z miarowym, potężnym szumem górskiego potoku. Monotonnym. Kojącym. Wiecznym. Kiedy wchodzisz głębiej między ściany reglowego lasu, dzieje się coś magicznego
